Bez żadnych wyjaśnień tak po prostu powiedziała ,,nie" i wzbiła się w powietrze. Cóż miałem zrobić? Rozłożyłem skrzydła i popędziłem za nią. Bez przechwałek dobrze latałem. Ale Arven... ech.. Arven latała jak ptak. Byłą zwinna i szybka. Czasem zastanawiałem się czy aby na pewno nie jest ptakiem z sierścią zamiast piór. Dzięki Moon i Sun jej skrzydła były białe a sama brązowa. Bo gdyby miała maść czarną już dawno bym ją zgubił. Z trudem udało mi się ją dogonić zrównałem się z nią, gdy to się stało. Nagły rozbłysk przed oczami i nagląca ciemność. Czułem jak spadam w dół i w dół. I już nie byłem przy Arven już nie byłem Nattem. Strzępki informacji na imię jej Lona ma niebieskie oczy szara sierść, mieszka w dolinie... nie mogę rozszyfrować nazwy jest w jakimś innym języku. Kilka obrazów, Lona śmiejąca się do Farena jej brata, biegając przez las z rodzeństwem. Jej szloch po stracie matki. Jak wykonuje swoje zajęcia: pilnuje szczeniąt. A potem ostatnia wizja. Jest ciemno, bardzo ciemno. Błysk kłów, wściekły warkot i przeszywający ból w całym ciele. To nie był fizyczny atak, tylko magiczny. Czuje ten ból jakby był mój i choć wiem, że nie zginę od magi. Krzyczę razem z nią. Nagle otwieram oczy i napotykam na drugą parę pięknych fiołkowych oczu. Jej oczu. Wpatrują się we mnie przerażone. Serce bije mi w oszalałym tempie. A Arven patrzy na mnie jakby był duchem.
Arven? Wiem odbiło mi :) I tamto opowiadanie nie było krótkie fajnie je się czytało :) Jeśli pokrzyżowałam ci plany z pisaniem to sorry.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz